Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowieści / Tales. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowieści / Tales. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lipca 2015

It's official! / Oficjalnie!



It’s official!
I’m engaged! How awesome is that?! I’m happy beyond words.
On a particularly hot weekend, when temperatures were reaching 36C (about 95F), we went with a colleague (Karolina – that’s you) on a bike trip. After wandering on and off route, swimming in a lake, lots of water and ice cream, we finally found a little camping. We didn’t plan to stop there. The plan was a lot more ambitious, but the heat took the best of us. And good. So be it. We laid down on a lake bank, started up a campfire and enjoyed each other’s company. And suddenly He said – look what I found in our tent! And He popped out the ring (on a piece of yarn! how cool is that?!).
Did I cry? Hell I did. But most of all I was speechless. And whoever knows me, knows that I’m never lost for words. ;-)
So this is it. I’m engaged to the most wonderful guy under the sun.

P.S.
I don’t know why, but these photos make me think of Superman and Lois Lane. ;-)

P.SS
Karolina - thank you for those beautiful photos!




To już potwierdzone!
Jestem zaręczona! Fajnie, c'nie?! Jestem niewysłowienie szczęśliwa.
W wyjątkowo upalny weekend, kiedy temperatura sięgała momentami 36C, wybraliśmy się wraz z koleżanką (Karolina, tak to o Tobie) na wycieczkę rowerową.  Po błądzeniu i poszukiwaniu szlaku, kąpaniu się w jeziorze, hektolitrach wody i lodach, znaleźliśmy malutki camping. Nie planowaliśmy się na nim zatrzymywać. Plan na ten weekend był znacznie bardziej ambitny. Ale upał nas pokonał. I dobrze. Nie tak będzie. Położyliśmy się na kocyku nad brzegiem jeziora, rozpaliliśmy ognisko i cieszyliśmy się swoim towarzystwem. I nagle On powiedział: zobacz co znalazłem w namiocie! I wyciągnął pierścionek (zawieszony na kawałku włóczki! fajnie, c'nie?!). 
Czy płakałam? Jasne! Ale przede wszystkim odebrało mi mowę. I jeśli ktoś mnie zna choć trochę, to wie, że nigdy nie brakuje mi słów. ;-)
Tak więc stało się! Jestem zaręczona z najwspanialszym mężczyzną pod słońcem.

P.S.
Sama nie wiem dlaczego, ale te zdjęcia mi przypominają Supermana i Lois Lane. ;-)

P.SS.
Karolina - dzięki za piękne zdjęcia!

piątek, 3 lipca 2015

Bested / Pokonana



Looking back on the past few weeks, it’s been a blur. Everything seemed to change so fast I couldn’t even focus. Time passed measured by the medicine taking hours and me trying to forget about everything connected with it. I was trying to live my life as if nothing happened. It worked for almost ten years, so why not now?
Well it works, kind of.
I and my boyfriend went together for a weekend trip to do some hiking three weeks ago. We’ve chosen Karkonosze Mountains, which are definitely not the highest mountains in our country. And we’ve chosen rather mild trails. But at the end of day one, I was so exhausted I asked if we could cut our trip short. The mountains took the best of me. Was I sad about it? No. I was devastated. I never felt so weak. Or maybe I did, but certainly not in the last 5 or so years. That was a downer.
But in times like this I try to remind myself of something that a friend once told me. She is a Himalaya Climber. I mean the real deal. I remember talking to her once and complaining about not being able to do things as good and as quickly as other people. I called myself a total wimp and she responded straight away “total wimps don’t do things like that; total wimps don’t do stuff at all”. I felt good, just to be acknowledged by someone like her. To be recognized as someone who isn’t a total wimp (maybe not a climber, but still ;-) So after a brief moment of winning over myself, I decided to choose the gentle path. My body needs it. My health needs it. And if that means cutting my trips short, so be it. 

Kiedy spoglądam na kilka minionych tygodni, zlewają mi się w całość. Wszystko zdawało się zmieniać tak szybko, że nie nadążałam się skupić.  Czas płynął odmierzany porami przyjmowania leków i wszystkim, co się  z tym wiązało. Starałam się jednak żyć, jakby nigdy nic. Udawało się przez prawie dziesięć lat, więc dlaczego nie teraz?
No i teraz też sie udało. Tak jakby.
Kilka tygodni temu pojechałam z moim chłopakiem w góry, pochodzić. Wybraliśmy Karkonosze, które zdecydowanie nie są najtrudniejszymi górami w naszym pięknym kraju. I do tego wybraliśmy raczej łagodne szlaki. Mimo to, pod koniec pierwszego dnia byłam wykończona. Musiałam poprosić o skrócenie wycieczki. Góry mnie pokonały. Czy było mi smutno? Nie. Byłam zdruzgotana. Nigdy jeszcze nie czułam się taka słaba. No dobra, może i czułam, ale z pewnościa nie w ciągu ostatnich pięciu lat. Dolina.
Ale w takich momentach staram się przypominać sobie, co kiedyś powiedziała mi znajoma. Jest himalaistką i mam na myśli prawdziwą Himalaistkę, przez duże H. Rozmawiałam z nią kiedyś i narzekałam, że jestem totalną ofermą, że nie potrafię robić różnych rzeczy (np. chodzić po górach) tak dobrze i tak szybko jak inni. Jej odpowiedź była natychmiastowa: " totalne ofermy w ogóle nie robią takich rzeczy". Poczułam się naprawdę fajnie, że ktoś taki nie uważa mnie za ofiarę losu. Może nie jestem super wspinaczem, ale nie jestem też ofermą. ;-) Tak więc, po krótkim epizodzie użalania się nad sobą, postanowiłam sobie troche odpuścić. Moje ciało tego potrzebuje. Moje zdrowie tego potrzebuje. I jeśli to oznacza konieczność skracania wycieczek górskich przez jakiś czas, to trudno. Niech tak będzie.

poniedziałek, 18 maja 2015

Thrombocytopenia has me / Małopłytkowość ma mnie



Sounds not fun, right? Yeh… I have it. Keeping my lymphoma in check may be difficult at a time. The kind that I have tends to come back once in a while. I have no evidence of it for over eight years, so I guess it’s time for a heads up. I went on a routine control and came back with this no so good news. Severe anemia (been there, done that) and – thankfully – not so severe thrombocytopenia. Luckily my population of B lymphocytes is normal. One way or another, I’m on steroids. I can’t eat, can’t sleep and I’m feeling like biting everybody’s heads of. Ugh… Since I can’t even look at food in the morning, I moved my meals more to the evening. Also my boss agreed to change my working hours (he’s a truly great guy :-) ) Soooo… For an outsider it may look almost like I’m pregnant. ;-) I’m nauseas in the morning and jumpy. Fortunately it goes away around five in the afternoon. So I can still ride my bike and run a little bit. Nothing over exerting – just to feel like a normal person. And to remind myself that the sickness does not define me, I bought new running shorts. Pink rules! Yeah!
It’s not like I have thrombocytopenia, no - thrombocytopenia has me!


Brzmi niefajnie, co nie? Taaa – mam ją. Trzymanie chłoniaka w szachu może być czasem trudne. Mój rodzaj ma brzydką tendencję do nawracania raz na jakiś czas. Nie mam żadnych objawów już od ponad ośmiu lat, więc chyba czas się przygotować na „nadjeżdżający autobus”. Byłam na rutynowej kontroli i wróciłam z tą właśnie informacją. Ciężka anemia i małopłytkowość (na szczęście ta nie aż tak ciężka). Najważniejsze, że populacja limfocytów B jest w normie. Tak czy siak, jestem na sterydach. Nie mogę jeść, nie mogę spać i czuję się jakbym miała odgryzać ludziom głowy. Uhhh... A ponieważ nie mogę nawet patrzeć na jedzenie od rana, przesunęłam większość posiłków na popołudnie. No i umówiłam się z szefem, że mogę sobie przesunąć godziny pracy (świetny z niego gość, serio) Więccc.... Dla kogoś niewtajemniczonego to może wyglądać jakbym była w ciąży. Poranne nudności i wahania nastrojów. ;-) Na szczęście koło piątej po południu mi przechodzi. Mogę sobie wtedy pojeździć na rowerze albo pobiegać. Nic szczególnego – tylko tyle, żeby czuć się jak normalny człowiek. A, no, i żeby sobie przypominać, że choroba nie rządzi moim życiem, kupiłam sobie nowe szorty do biegania. Różowy rządzi! Yeah!
To nie tak, że to ja mam małopłytkowość, nie – to małopłytkowość ma mnie!